środa, 18 września 2019

Dookoła Kroczyc w czterech odsłonach


I. Pierwszy dzień jesieni – część północno-wschodnia


Liść osiki - jesień wita nas rozmaitością barw
Maślanka wiązkowa – trujący grzyb rosnący na martwych pniach
Kwiat dzwonka rozpierzchłego
Skały na skraju Góry Zborów  w pobliżu wejścia do Jaskini Głębokiej


II. Ostatni dzień września – część północno-zachodnia


Widok na Górę Zborów
Widok z wysokiej skały
Kwiat cykorii podróżnika –  suszony korzeń to składnik kaw zbożowych 
Goździk kropkowany – ostatnie latoś kwiaty


III.Pierwsza sobota października – część południowo-zachodnia


Krajobraz leśno – polny
Kwiat posłonka pospolitego
Chmury udające UFO
Kościół zbudowany z lokalnego kamienia wapiennego


IV. Dzień ostatni – dzień sierpa (młody księżyc) – część południowo-wschodnia


Kroczyce – klimaty jak z „Twin Peaks”
Kraina pól
Leśny tunel
Psychodeliczny księżyc na tafli wody

Tekst i foto: Jurek Jurajski

sobota, 8 czerwca 2019

Wiosenna atrakcja – Birów i okolice


Birów? A cóż to? To starodawne grodzisko drewniane, zrekonstruowane na szczycie wapiennego wzgórza. Znajduje się w środkowej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, w miejscowości Podzamcze, nieco na północ od potężnego zamku w Ogrodzieńcu. Już z daleka widać wysoką skałę z drewnianą strażnicą na szczycie.

Birów - widok na wzgórze
Ślady osadnictwa stwierdzono tu już z okresu 3 tysiąclecia p.n.e. Na wzgórzu i w jego pobliżu wiele się działo przez kolejne wieki. Między innymi pozostawili po sobie ślady, w postaci grotów do strzał, najeźdźcy ze wschodnich stepów, zwani Scytami. Tego typu najazdy nieraz przerywały ciągłość osadniczą na wielu stanowiskach południowej Polski. W okresie wczesnośredniowiecznym powstał u stóp wzgórza cmentarz kurhanowy.

Już u podnóża wzgórza jesteśmy przywitani różnymi kolorami wiosny. Oto na pniu topoli możemy zauważyć pomarańczowe porośla. To epifityczne (nadrzewne) glony z rodzaju Trentepolia. Ich plecha, odporna na wysychanie, zabarwia korę tak intensywnie dzięki barwnikom karotenowym (takim jak w marchewce).

Pomarańczowy pień topoli
Jest kwiecień i wśród spotykanych kwiatów dominuje barwa żółta. Na murawach rosną: pierwiosnek wiosenny i pięciornik piaskowy, a w lesie liściastym wilgociolubna śledziennica skrętolistna.

Pierwiosnek wiosenny
Pięciornik piaskowy
Śledziennica skrętolistna
Czerwone barwy na białym tle skał prezentują kępy rozchodnika ostrego (ostrego w smaku, a nie z powodu kształtu). 

Rozchodnik ostry
Spośród wiosennych barw dostrzeżonych w okolicach Birowa należy wspomnieć o jeszcze jednej – białej. To oczywiście kolor wapiennych skał, ale również ciekawego kwiatu zasiedlającego te skały – rzeżusznika piaskowego Borbasa (Cardaminopsis arenosa ssp. borbasii). Jest to podgatunek związany przede wszystkim z wapiennymi górami i wyżynami.

Rzeżusznik piaskowy Borbasa

Jednak w konkursie barw wygrywa motyl – rusałka pawik. Motyl to u nas dość częsty, co nie odbiera mu przecież urody. Czemu jest nazywany pawikiem ? To chyba dość oczywiste, biorąc pod uwagę „pawie oczka” na skrzydłach. Które to oczka – nawiasem mówiąc – wcale nie są po to by się podobać, lecz przeciwnie – by straszyć potencjalnych przeciwników podczas gwałtownego rozpościerania skrzydeł, czemu towarzyszy głośny szum.

Rusałka pawik
 Grodzisko otoczone jest drewnianą palisadą z potężnych belek. Po wejściu przez bramę na dziedziniec można zwiedzić znajdujące się tam drewniane budynki, w których znajdują się m. in. zbiory archeologiczne pochodzące z wykopalisk prowadzonych na terenie grodu. Zbiory historycznych pamiątek uzupełnia kolekcja minerałów i skamieniałości jurajskich. Ze szczytu wzgórza możemy dostrzec zamek w Ogrodzieńcu, z rozrastającym się u podnóża „Disneylandem” kramów i kolorowych atrakcji dla turystów. 

Widok ze strażnicy
Po wyjściu z warowni docieramy do malowniczego skalnego schroniska z jaskinią. 

Schronisko północne
Idąc w stronę ogrodzieńskiego zamku zauważamy na brzegu lasu kopiec wspomnianego kurhanu z wczesnego średniowiecza. Nasi przodkowie zamieszkujący te tereny  stosowali pochówki ciałopalne, a prochy umieszczali w kurhanach, lub na ich szczycie, często zgromadzone w glinianych naczyniach popielnicowych. Takie zwyczaje pochówkowe skutecznie zacierały ślady ich pobytu na zamieszkałych ziemiach, przez co mogły powstać i ugruntować się teorie o „pustkach osadniczych” oraz „późnym przybyciu” naszych szanownych przodków na te ziemie – nasze ziemie. (Czyżby Słowianie spadli z nieba na pół Europy, jak stonka? Nie, to nierealne).

Kurhan
A tymczasem porzucamy historyczne rozważania, by skierować się w las – tam wiosna czeka nas! Może dojdziemy aż do Karlina? A tam spotkamy może starego znajomego, dajmy na to pana Janka ? 

Leśna droga do Karlina
Luzując wodze umysłu oddajemy się zatem wspomnieniom. A słońce będzie powoli skłaniać się i skłaniać za sosnowy las i wzgórza, co nam w niczym absolutnie nie przeszkodzi!

 
Tekst i foto: Jurek Jurajski

sobota, 23 lutego 2019

Klucząc i błądząc w krainie kraterów


Wędrując z Kluczy - swoim szlakiem - możemy, klucząc i błądząc napotkać różne, często zaskakujące ciekawostki. Nie zwracając uwagi na trasę i cel ruszamy więc w las. Gdzieś za tym lasem kryje się obietnica przygody. A może wcześniej – czemu nie? Jest pełnia lata, można więc oddać się błogiej wędrówce. W tej sytuacji pobłądzimy sobie trochę, bo gdzieś tam w oddali rozpościera się jedyna polska pustynia – Pustynia Błędowska. Już na początku wędrówki znajdujemy poszlakę sugerującą możliwość dotarcia na obszar wyschniętych piasków – suche koryto rzeki! To może być dobry trop. Idźmy! A wokół cisza i odludzie, takie pustkowia. A przecież największe pustkowie – Pustynia, dopiero przed nami. Jednak piaszczyste dno koryta rzeczki świadczy, że życie nadal tu trwa, tylko, jak to na pustyni, organizmy żywe poszukują wody. Z tego powodu całe dno pokryte jest licznymi tropami zwierząt. Znajdujemy jednak fatalny w skutkach efekt zaniku wody. Oto na środku rzeki leży wyschnięta ryba, zapewne piskorz. Nie przetrwał, nie znalazł ratunku chociażby w ostatnim oczku wodnym, oddalonym o kilkadziesiąt metrów. Idziemy dalej, jednak miejscami powalone drzewa tak bardzo przegradzają wyschnięty strumień, że korzystniej jest wrócić na spieczone piaski prowadzące w kierunku pustyni. Jeszcze kilkaset metrów i rozpościera się morze piasku. To północna część Pustyni Błędowskiej. Dobrze mieć tu ze sobą coś do picia, bo skwar potrafi być solidny. Te polodowcowe piaski zaczęły już mocno zarastać lasem sosnowym, ale ostatnimi czasy zostały oczyszczone z zarośli, w ramach unijnego projektu. Możemy tu trochę się posmażyć w pełnym słońcu, jednak już wkrótce jakiś cień jest naszym marzeniem. Na skraju pustyni znajdujemy wytrzymałe suchorośla – trawę szczotlichę siwą i porost, gatunek chrobotka. 

Uważny obserwator zauważy na powierzchni piasku intrygujące, choć malutkie kratery. Niby nic, piaszczyste dołki, a tymczasem to pułapki jakby rodem z horroru! Na ich dnie, ukryty pod piaskiem, czuwa seryjny zabójca – mrówkolew, czyli drapieżna larwa owada należącego do sieciarek. To on jest budowniczym tych kraterów. Czuwa na dnie, zakopany w piasku, a gdy do dołka wejdzie lub wpadnie ofiara, najczęściej mrówka, błyskawicznie chwyta ją swoimi potężnymi żuwaczkami i następnie wysysa ciało ofiary. Jak widać, wyobraźnia świata przyrody nie zna granic.

Opisane przed chwilą kraterki są zagrożeniem tylko dla drobnych bezkręgowców. Tymczasem wracając przez las napotykamy najprawdziwsze, potężne kratery! Okazuje się, że to powstałe całkiem niedawno, bo przed kilkoma latami, zapadliska terenowe. Oj, oby coś takiego nie powstało w tej chwili, pod naszymi nogami, bo skutek mógłby być makabryczny – w zapadliskach spokojnie zmieściłby się cały dom. Efekt widoczny jest na fotografii – do zapadliska osunął się las z drzewami i krzakami. Co mogło być przyczyną tak wielkich zapadlisk? Biorąc pod uwagę to, gdzie się znajdujemy – skraj tzw. Jury, czyli wyżyny zbudowanej z wapiennych skał, obstawiałbym naturalne zapadnięcie się podziemnych jaskiń, powstałych w wyniku procesów krasowych, a nie np. działalność wydobywczą górnictwa, które tu raczej nie sięgało. Tak czy owak, lepiej się stąd ewakuować, by nie skończyć marnie, jak jakaś mróweczka.

A czemuż to nie podjęliśmy wędrówki z jakąś karawaną, aż do Błędowa? Nie jest to takie łatwe, ani oczywiste, ponieważ ta część Pustyni jest obecnie poligonem lotniczym wojsk desantowych, więc nagle mogłoby nam spaść coś-niecoś na głowę!

Stare podania mówią, że przed laty, gdy ten obszar piaszczystych wydm był naprawdę rozległy, zdarzały się czasem zjawiska fatamorgany. Jednak obraz uchwycony na ostatniej fotografii zdaje się zaświadczać, że jakieś miraże, czy omamy wzrokowe występują tam nadal. Bo, cóż to - jeździec? W pełnym galopie na środku pustyni? Niechybnie to fatamorgana!

Pustynna rzeka
Tropy zwierząt
Krajobraz pustynnieje
Resztka wody

Wyschnięty piskorz
Droga na pustynię
Jest pustynia
Pustynna roślinność - chrobotek
Pustynne kratery
Pułapka mrówkolwa
Inny krater - zapadlisko krasowe
Fatamorgana ?
Tekst i foto: Jurek Jurajski

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Z wizytą u Bobolusa


Listopad. Ciemno, zimno i do domu daleko. To świetna okazja by ruszyć się z fotela ! Jest kraina skał, jaskiń i średniowiecznych twierdz. Jest gdzieś w Eurazji. Tam ruszamy dziś.

W środkowej części Wyżyny Częstochowskiej, w gminie Niegowa jest jurajski grzbiet o południkowym przebiegu, tak zwana Grzęda Mirowsko - Bobolicka. Jej oba krańce wieńczą zamczyska zbudowane przez Kazimierza Wielkiego. Wędrówkę – pieszą, bo szlak wiedzie przez najeżone wychodniami skalnymi wzgórze, rozpoczynamy od zachodniego krańca, zajętego przez Orle Gniazdo w Mirowie. Zamek jest obecnie poddawany renowacji, a ponieważ natura ciągnie wilka a także człeka w dzicz, ruszamy dalej, napełniając płuca orzeźwiającym powietrzem. W takich okolicznościach nogi wręcz wyrywają się naprzód po stromiznach a głowa i ręce rwą się do wspinaczki na szczyty skałek. Tu można podziwiać rozległe widoki: ostańce skalne, okoliczne wzgórza i rozległy horyzont. Przede wszystkim, będąc w okolicy środka grzbietu, można obserwować oba tutejsze zamki – jako się rzekło: na zachodzie mirowski, a na wschodnim krańcu odnowiony z wielkim rozmachem zamek Bobolice. Ta naskalna warownia prezentuje się znakomicie, niezależnie od kierunku, z jakiego jest obserwowana. W całkiem nieodległej przeszłości była to, malownicza co prawda, tak zwana „trwała ruina”. W istocie rzeczy były to resztki kilku murów na skalnych ostańcach. Jednak okazuje się, że chcieć, to móc – teraz znów mamy nowy, choć pradawny zamek!

Wszystko to - piękna historia, jednak naokoło natura może zachwycać nas na różne sposoby: a to rozmaite malownicze skały, urwiska, a to porastające skały rośliny, to znów stada ptaków, które można teraz dogodniej obserwować poprzez pozbawione liści zarośla. Pomiędzy zamkami kursowały, tam i z powrotem, dwa kruki. Gdzież tam nam, przyziemnym, dwunożnym istotom, do ich chyżości! My – kilka kroków, one - pół drogi! Ich głębokie krakanie zawsze nadaje miejscu charakter pierwotnej dzikości. A przecież chcieliśmy ruszyć w dzicz.

Pragnęliśmy terenowych atrakcji, no to i mamy – podróżnik odstawił pięknego fikoła przy próbie fotografowania naskalnych paproci. (Nie spadać ze skał!). Na szczęście aparatowi nic się nie stało. Oczywiście mowa o tym fotograficznym, a nie o jego właścicielu ;). W cichej, międzyskalnej dolinie otaczają nas różniaste sikorki (sosnówki, modre, bogatki, a nawet czubate czubatki), a wśród nich kowalik – bargiel kowalik, który, widząc ciekawą norę w białej skale, od razu ją sprawdza. Gdyby tak chciały pozować, to można by sobie je pofotografować. Jednak nic z tego – ich żywioł, to ciągły ruch. Poza tym robi się już dość ciemno.

No cóż, powoli kierujemy się w drogę powrotną. Aż tu nagle – Bobolus! No, już byśmy nieomal zapomnieli, jaki był nasz główny cel. Przecież mieliśmy odwiedzić Bobolusa Jurajskiego. Tuż przed zmrokiem natrafiamy na wejście do jego przedwiecznej siedziby. To jaskinia „Stajnia”. W pionowej ścianie skalnej jest ogromna szczelina krasowa. W niej znaleziono niedawno pierwszą w Polsce skamieniałość pierwotnych mieszkańców tych ziem – ząb trzonowy neandertalczyka! Ci praludzie mieszkali tu kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej, przed przybyciem naszych przodków – Homo sapiens. Dzięki skamieniałości znalezionej w tym skalnym schronisku, możemy się poszczycić już nie tylko wytworami ich rąk, czyli pozostałościami narzędzi, ale też jednoznacznym, biologicznym dowodem. Do wytwarzania kamiennych narzędzi służyły im krzemienie przyniesione tu z daleka i zgromadzone w tej samej jaskini, w prehistorycznym magazynie.

Człowiek neandertalski prowadził wędrowny tryb życia, w związku z czym nie zamieszkiwał jaskiń w sposób stały, a jedynie przebywał w nich okresowo. Dzieci właścicieli tego terenu nadały temu pra-mieszkańcowi sympatyczne przezwisko Bobolusa Jurajskiego.

Cóż, pora wracać. Resztę niech dopowiedzą fotografie, niech popracuje wyobraźnia czytelnika.

A co do muzyki…… Hmmmm. Wraz z RODO, muzyka umarła ;-). Słuchajta sobie, czego tam chceta!  


Widok na zachód - Mirów
Spojrzenie na wschód - Bobolice

Skalne teatrum
Sosna w stylu pienińskim
Skalny bunkier lub hełm
Widoczek z paprotką zwyczajną
Jurajski grzbiet
Zamek Bobolice
Jaskinia Stajnia
Tajemnicze skały
Sosny w stylu bonsai

Tekst i foto: Jurek Jurajski

niedziela, 11 listopada 2018

Bułgarski kompan - część druga


Drugim nożem pochodzącym  z Bułgarii od firmy Manly, który chciałbym przedstawić  jest model Peak. W odróżnieniu od opisywanego wcześniej „ starszego brata” jest to nóż składany (folder).
 Manly Peak występuje w dwóch wersjach klingi – jednoręcznej wyposażonej w otwór do otwierania i dwuręcznej otwieranej jak scyzoryk, a klinga wykonana może być ze stali D2 (wersja podstawowa), 154CM lub też proszkowej stali S90V.

Rękojeść wykonana jest z G10, dostępne kolory to : czarny, pomarańczowy, oraz w kamuflażu pustynnym. Mamy dzięki temu:
·         2 wersje klingi
·         3 kolory rękojeści
·         3 rodzaje stali
Daje nam to razem aż 18 różnych wersji noża do wyboru! Dodajmy do tego, że w stosunku jakość/cena -  nóż ten nie ma w zasadzie żadnej konkurencji , podobnie jak model Patriot, gdyż w podstawowej wersji kosztuje on w Polsce około 200zł.

W tym artykule opiszę  jedyny posiadany aktualnie przeze mnie egzemplarz noża – wersję z  jednoręcznie otwieraną klingą wykonaną ze stali D2, z rękojeścią z czarnego G10.

Na początek jak zwykle garść suchych danych technicznych:
Długość całego noża: 220 mm
Długość klingi: 94 mm
Masa noża : 115g,
Grubość klingi: 2,8 mm
Grubość krawędzi tnącej: ~ 0,4 mm

Nóż wykonany jest bardzo dobrze,  wszystkie ostre krawędzie są złagodzone, nic nie wpija się w dłoń nawet w mocnym chwycie.  Faktura G10 nie jest ani za ostra, ani zbyt gładka, nóż nie razi dłoni, ani też nie ślizga się w niej, oczywiście w mokrej dłoni jest nieco gorzej, ale pracować można bez problemu. Odnośnie walorów estetycznych – klinga oraz klips poddano procesowi „stonewash” co mnie osobiście bardzo się podoba. Spasowanie klingi z rękojeścią i sprężyną blokady również jest na wysokim (choć nie najwyższym) poziomie.  Rękojeść wyposażona jest w szkieletowe linersy, skręcona na sześć śrub (3 z każdej strony). Wszystkie śruby skręcające nóż mają łby imbusowe, a ponadto do noża dołączone są dwa kluczyki umożliwiające bezproblemową regulację  luzów klingi czy też demontaż noża (np. do czyszczenia).

Projekt samego noża może wielu osobom wydawać się „zwykły” i „nudny”, ale właśnie w tym tkwi cały jego urok. Nie mamy tu „połamanych” szlifów, dziwnych kształtów klingi i rękojeści. Mamy zwykły, prosty nóż o znakomitych walorach użytkowych i bardzo dobrej ergonomii – a dla mnie to jest najważniejsze.

Odnośnie mechaniki noża – niestety wielbiciele klikania nie mają tu czego szukać.  Sprężyna blokady back lock  pewnie trzyma nóż w zamkniętej pozycji, a jego otwarcie jest płynne, choć  z błyskawiczną szybkością nie ma wiele wspólnego :). Sama blokada działa bez zarzutu – pewnie blokuje klingę noża w pozycji otwartej i nie ma przy tym „konstrukcyjnie uwarunkowanego luzu w płaszczyźnie pionowej” czyli blade-playa. Oś główna  noża wyposażona jest w podkładki wykonane z brązu. W swoim egzemplarzu dorobiłem dodatkowe podkładki z bardzo cienkiego teflonu, dzięki czemu nóż otwiera się lżej, nie posiadając przy tym luzów. Sam otwór do otwierania spełnia swoje zadanie bez problemu – nie ma sfazowanych krawędzi utrudniających otwieranie, a jednocześnie krawędzie te nie są ostre i nie powodują bólu kciuka.

Na końcu rękojeści znajduje się klips. Trzyma on nóż pewnie, można  przełożyć go na lewą lub prawą stronę noża, jednak tylko w pozycji  „tip-up”.   Kolejną zaletą tego klipsa jest bardzo głębokie ułożenie Peaka w kieszeni, co zapewnia dyskrecję przy noszeniu tego wcale niemałego noża. Właśnie dzięki wygodzie  i dyskrecji noszenia nóż ten wyparł z mojej kieszeni wiele innych składaków.

Klinga o słusznej długości blisko 100 mm i grubości niecałych 3 mm posiada pełny płaski szlif i bardzo cienką krawędź tnącą, co przedkłada się na znakomite właściwości tnące tego noża.  Nóż płynie przez każdy cięty materiał – zarówno w kuchni jak i  w pracach EDC czy terenowych.  W kuchni mankamentem może być nieco zbyt krótka klinga do niektórych zastosowań (np. do krojenia większych rozmiarów produktów spożywczych), pamiętajmy jednak, że nie jest to nóż kuchenny. U mnie nóż ten często pełni funkcję terenowego kuchenniaka, a jednocześnie noża „czystego” – używanego do przygotowywania posiłków itp. prac. Z racji wąskiego i szpiczastego czubka trudniej nim niekiedy smarować pieczywo, nie na tyle jednak by czynność ta była niewykonalna czy przesadnie irytująca. Cienki i szpiczasty czubek sprawuje się  natomiast doskonale w precyzyjnych pracach oraz przy sprawianiu ryb, choć w tej ostatniej czynności należy mieć na uwadze  trudniejsze czyszczenie noża w porównaniu ze stałymi ostrzami.  Nosząc i używając Peaka należy też pamiętać o niewielkiej grubości klingi – niecałe 3 mm w najgrubszym miejscu i grubość płynnie zmniejsza się w kierunku czubka, więc nie jest to zdecydowanie łom.

Klinga wykonana jest ze stali narzędziowej D2 (oznaczenie 1.2379) zahartowanej do 59-61 HRC. Jest to stal o dużej zawartości węgla, a z racji sporej zawartości chromu uznaje się ją za stal „prawie” nierdzewną. W przypadku Manly Peak-a  wielokrotnie zaobserwowałem pokrywanie się klingi powierzchniowymi plamkami rdzy (szczególnie po cięciu  cytryny itp. produktów). Plamki te jednak dość łatwo można usunąć, poza tym ja jestem wyznawcą zasady, że „używany nóż nie zdąży zardzewieć” :-).  Trzeba mieć jednak na uwadze to, że stal ta nie jest całkowicie nierdzewna i czasami będzie wymagać pielęgnacji lub pogodzenia się z przebarwieniami i plamkami na powierzchni klingi.
Nóż trzyma ostrość bardzo dobrze – trzeba naprawdę sporo pracować by stępić go tak by stracił ostrość roboczą. Nawet ostrość „goląca” utrzymuje się bardzo długo. Niestety gdy nóż mocno stępi trzeba będzie włożyć sporo pracy w przywrócenie ostrości. Dlatego w przypadku każdego noża zalecam regularne delikatne podostrzanie go.

Podsumowując – nóż Manly Peak jest podobnie jak jego starszy brat –Patriot – poprawnie wykonanym NARZĘDZIEM. U mnie skutecznie wyparł z kieszeni wszystkie inne składane noże (nie licząc scyzoryków Victorinoxa, ale to osobny temat ;) ). Z całą stanowczością mogę polecić ten nóż każdemu, kto traktuje nóż jako narzędzie do cięcia, a nie łom i zabawkę do klikania i chwalenia się nim na zdjęciach na Fejsie.






Tekst i foto: Psycho

Bułgarski kompan - część pierwsza


Z czym większości z Was kojarzy się Bułgaria? Zapewne z wczasami nad Morzem Czarnym, z handlarzami sprzedającymi ubrania  na bazarach, ale niektórym też od pewnego czasu, za sprawą firmy Manly – z nożami.
Firma o której mowa istnieje na rynku stosunkowo niedługo, lecz już zdobyła rzeszę zadowolonych posiadaczy/użytkowników.
Osobiście posiadam dwa noże tej firmy – Manly Patriot (fixed) i  Manly Peak (folder).
W tym opracowaniu zajmę się  modelem Patriot, a składanemu Peak-owi poświęcę kolejny tekst.

Nóż Manly Patriot to średnich rozmiarów nóż ze stałą klingą wykonaną ze stali D2,  z rękojeścią z kompozytu G10 wyposażony w kydexową pochwę.
Na początek garść danych technicznych:
Długość klingi : 92 mm
Szerokość klingi: 25 mm ( mierzone u nasady, przy rękojeści)
Grubość maksymalna: 3,9 mm
Długość całego noża : 208 mm
Waga: 130g.
Grubość nad krawędzią tnącą : ~0,6 mm

Jak widać nie jest to ani zbyt duży, ani ciężki nóż.  Wykonany jest ze stali narzędziowej D2 (1.2379), natomiast rękojeść zrobiona jest z czarnego G10 (dostępne są też stal 154CM i  kolory G10: zielony, pomarańczowy oraz rękojeść wykonana z drewna). Ogromną zaletą noża jest jego stosunek jakości do ceny – w naszym kraju w oficjalnym sklepowym obrocie kosztuje w podstawowej wersji ok. 200zł. W tej cenie nigdzie nie dostaniemy ani takich materiałów, ani takiej jakości wykonania. Nóż wykonany jest poprawnie i estetycznie, choć miłośnicy mikronowej dokładności z całą pewnością znaleźliby coś żeby się przyczepić. Ja się tym nie przejmuję, bo dla mnie nóż musi przede wszystkim być użytkowym narzędziem. Patriot wykonany jest bardzo dobrze –  jest to poziom  którym dorównuje wielu uznanym producentom noży (zarówno firmowych jak i wykonywanych przez rodzimych nożowników).

Klinga o kształcie drop point posiada pełny płaski szlif, a pod kciukiem i palcem wskazującym znajdują się ząbki poprawiające chwyt i  zapobiegające ześlizgnięciu się palców na klingę.  Nóż ma konstrukcję „full tang”, a rękojeść jest lekko wygięta w dół (tzw. „banan”). Okładziny przymocowane są do trzpienia przy pomocą stalowych nierdzewnych nitów oczkowych, spośród których tylny może pełnić funkcję oczka do przeciągnięcia linki zabezpieczającej. Niestety pod okładzinami nie znajdziemy otworów odciążających trzpień głowni, a według mnie przydałyby się temu nożowi, gdyż byłby dzięki temu jeszcze lżejszy.
Maksymalna grubość klingi wynosi niecałe 4 mm i zmniejsza się płynnie ku czubkowi, co powoduje, że sam czubek noża nie jest pancerny co nie znaczy, że jest delikatny, ale nie jest to łom.
Przy końcu rękojeści za okładziny wystaje niewielki fragment trzpienia. Nie wiem jaką wg projektanta miał on mieć funkcję – wg mnie nie nadaje się do użycia jako glassbreaker ani  tym bardziej łopatka, może chodzi jedynie o funkcje zdobnicze ? Niektórym może też przeszkadzać  w odwrotnym chwycie, ale jego usunięcie we własnym zakresie nie powinno być trudne.

Pochwa wykonana jest z dwóch kawałków kydexu połączonych ośmioma nitami, spośród których jeden jest dokładnie taki sam jak nity łączące okładziny z trzpieniem klingi. W sumie jest to fajny detal stylistyczny, a ponadto może służyć do zawieszenia pochwy od noża na lince.
Pochwa trzyma nóż bardzo pewnie, nóż nie ma w ogóle tendencji do wypadania, oraz – co ważne i wcale nieoczywiste – kydex nie tępi noża co często ma miejsce w źle zaprojektowanych i wykonanych kydeksowych pochwach. Do mocowania pochwy do pasa służy parciana „żabka”. Jest to według  mnie bardzo dobre rozwiązanie: pochwę z nożem można wyciągnąć z żabki i odłożyć, przy czym żabka zostaje przy pasie.  Wadą tego rozwiązania jest konieczność pamiętania o zapinaniu nitu na pasku dookoła rękojeści noża gdyż bez tego łatwo można zgubić nóż.
Parciana żabka umożliwia ruch noża na pasie, więc nie przeszkadza on w ogóle przy noszeniu. W nowszych wersjach noża miękki element parciany zastąpiono  sztywnym kydexowym, który choć na pewno jest trwalszy i solidniejszy według mnie pogarsza komfort noszenia noża.

Jak już wspominałem – nóż jest wykonany z narzędziowej stali D2 o twardości 59-61 HRC. Jest to stal „prawie” nierdzewna  z uwagi na sporą zawartość chromu.  W praktyce nóż pracując w wilgotnym lub innym korozyjnym środowisku potrafi pokryć się rudymi plamkami, łatwymi jednak do usunięcia choćby zwykłą ostrą gąbką do zmywania naczyń i mleczkiem do czyszczenia.  Trzymanie ostrości jest bardzo dobre: nóż tępi się powoli, zarówno z ostrości „golącej” jak i przede wszystkim roboczej. Niestety szybkie przywrócenie ostrości wymaga użycia diamentów, ale coś za coś.  Nie zauważyłem też tendencji do wykruszeń/wyszczerbień krawędzi tnącej na twardszych materiałach, co dobrze świadczy o obróbce cieplnej  tego noża.

Użytkowo nóż wypada również bardzo dobrze. Z racji pełnego płaskiego szlifu i relatywnie cienkiej krawędzi tnącej doskonale sprawdza się w terenowej kuchni.  Cięcie i krojenie artykułów spożywczych to dla niego żaden problem. Jedynie w przypadku wielkich bochenków chleba czy kawałków sera/wędliny itp.  problemem może być zbyt mała długość klingi. No ale nie jest to jednak nóż kuchenny.  Odnośnie prac w drewnie nóż również spisuje się bardzo dobrze, choć jednak gorzej niż noże ze szlifem skandynawskim.  Nóż jest też wystarczająco solidny by batonować nim kawałki drewna, o ile ktoś naprawdę potrzebuje albo  lubi taką czynność, bo według mnie jest to w większości przypadków całkowicie bezsensowna robota. Ostry czubek umożliwia wykonywanie precyzyjnych prac,  na przykład dokładnego wycinania elementów ze skóry itp. Nóż ten też całkiem dobrze spisuje się przy oprawianiu ryb (poza filetowaniem, ale to zadanie dla specjalistycznych narzędzi). Z racji tego, że nie poluję – nie jestem w stanie stwierdzić czy nóż ten sprawdzi się jako nóż myśliwski do sprawiania zwierzyny. Przypuszczam jednak, że nie będzie to dla niego większy problem.

Rękojeść leży w ręce bardzo dobrze w każdym chwycie, a  niewielki jelec  nie przeszkadza w pracy i  przy tym chroni nasze palce przed skaleczeniem. Chwyt w mokrej dłoni jest gorszy, ale nie na tyle, żeby nie można było bezpiecznie pracować nożem.

Podsumowując : nóż Manly Patriot jest prostym  i użytkowym NARZĘDZIEM, bez przysłowiowych wodotrysków, wykonanym poprawnie, z dobrych materiałów, a przy tym w bardzo dobrej cenie. Nie dziwi mnie wcale sukces tego noża i jeżeli firma Manly nadal będzie prowadziła taką politykę cenowo – jakościową, to z całą pewnością przybędzie jej zwolenników. W tej chwili nie widzę sensownej alternatywy dla Manly Patriot w kategorii „niedrogi nóż w teren niebędący Morą” :-)






Tekst i foto: Psycho