czwartek, 21 czerwca 2018

Idealny scyzoryk dla wędrowca


Zainspirowany tekstem „ Włóczęga z Wiktorem” zamieszczonym na tym blogu http://swoimszlakiem.blogspot.com/2015/04/woczega-z-wiktorem.html postanowiłem napisać parę słów o swoim ulubionym scyzoryku. Nie jest to porównanie ani konfrontacja z tamtym tekstem, ani jego kontynuacja. Scyzoryków także nie zamierzam ze sobą porównywać, bo raz że są zupełnie inne, a dwa – oba są doskonałymi narzędziami ( jak to Victorinoxy) :), a wybór scyzoryka zabranego w teren, będzie zależał przede wszystkim od indywidualnych preferencji każdego użytkownika.

Moim ulubionym scyzorykiem „na szlak” ale też i na co dzień jest model Trailmaster. Posiadam kilka egzemplarzy w różnych wersjach i postanowiłem napisać o nim parę słów. Na drugim miejscu znajduje się scyzoryk Victorinox Forester i jako, że różnią się one w zasadzie tylko jednym narzędziem – tekst ten będzie traktował także o nim.

Scyzoryk Victorinox Trailmaster, występujący także pod nazwą Trekker, to model o długości 111mm, z klingą blokowaną przy pomocy blokady linerlock. Na tym samym listku blokady mamy blokowany również otwieracz do kapsli ze śrubokrętem i narzędziem do ściągania izolacji. Reszta narzędzi to piłka do drewna, otwieracz do konserw ze śrubokrętem, a z drugiej strony scyzoryka – szpikulec, oraz śrubokręt krzyżakowy. Alternatywą dla wkrętaka jest korkociąg występujący w modelul Forester. Ponadto oba scyzoryki posiadają standardową wykałaczkę i pęsetę. Nie zagłębiam się w opis narzędzi, kto chce się czegoś dowiedzieć o nich – odsyłam do moich tekstów pt „Mały szwajcarski przyjaciel” http://swoimszlakiem.blogspot.com/2016/02/may-szwajcarski-przyjaciel.html lub „Victorinoxy w służbie” http://swoimszlakiem.blogspot.com/2016/11/victorinoxy-w-suzbie.html .

Opisywane modele scyzoryka występują w kilku wersjach, różniących się ostrzem głównym. Mamy więc : scyzoryk z ostrzem gładkim, otwieranym dwoma rękami (z klasycznym nacięciem pod paznokieć), scyzoryk z ostrzem częściowo ząbkowanym, otwieranym jedną ręką (z otworem), scyzoryk z ostrzem gładkim, otwieranym jedną ręką (z otworem) - niestety jest to nieco trudniej dostępna wersja.

      Oba scyzoryki występują w różnych okładzinach – standardowych czarnych z tworzywa, lub też gumowanych, bardziej chwytnych, lecz niestety nie posiadających miejsca na wykałaczkę i pęsetę.
Każda z opisywanych wariacji występuje zarówno w modelu Trailmaster jak i Forester, co  umożliwia dopasowanie scyzoryka do swoich potrzeb.

Dlaczego uważam, że ten model Victorinoxa jest najlepszym narzędziem dla włóczęgi?
Ano dlatego, że ma on najpotrzebniejsze narzędzia, a przy tym nie jest przesadnie gruby, dzięki czemu bardzo wygodnie można trzymać go w ręce, a jego waga nie jest zbyt duża.

Głównym ostrzem możemy bez problemu przygotować posiłek na turystycznym szlaku, możemy nim także zastrugać kijek na kiełbasę, czy zawieszenie na menażkę,  wspomóc się przy drobnych naprawach sprzętu. Nosząc go na co dzień przyda się przy otwieraniu paczek, cięciu sznurka, przygotowywaniu kanapek w pracy itp. Bardzo ważną rzeczą jest większa akceptowalność społeczna niż  w przypadku noża składanego (foldera) lub też noża ze stałą klingą (fixeda). Wyciągając go wśród ludzi nie będących pasjonatami noży raczej nie spowodujemy sensacji – to jednak „tylko” scyzoryk.

Gdy wybierzemy wersję otwieraną jednoręcznie, to oprócz tej oczywistej zalety dysponujemy też zazwyczaj ostrzem „combo”, tzn. częściowo ząbkowanym, a częściowo gładkim. Ząbki na ostrzu znakomicie sprawdzają się przy cięciu większości materiałów, a przy tym nawet przytępione tną nieźle.  Problemem może być mniej precyzyjny czubek, a także utrudnione obieranie owoców czy warzyw ze względu na jednostronny szlif krawędzi tnącej.

Podczas terenowej włóczęgi bardzo przydatnym narzędziem będzie też piłka do drewna, którą bez problemu utniemy gałęzie – na przykład  celem wykonania kija do podpierania się, czy też po prostu odcięcia kawałka drewna  z którym nie poradzi sobie główne ostrze, lub też nie będziemy w stanie go złamać.

Otwieraczem do konserw scyzorykiem możemy też bez problemu otworzyć puszkę z mielonką/ pasztetem/rybami czy też owocami – nadal można spotkać  puszkę bez zawleczki do otwierania. Mamy też do dyspozycji bardzo solidny otwieracz do kapsli, którym otworzymy butelkę ze złocistym napojem lub oranżadą :-) a ponadto otwieracz ten pełni funkcję mini łomu, przydatną np. przy podważaniu kawałka kory.

Szpikulec może się przydać do napraw sprzętu, wykonania otworu w jakimś materiale (np. celem przewleczenia linki). Natomiast śrubokręt krzyżakowy przydatny będzie przy naprawach niektórych sprzętów, czy też np wymianie baterii. Nada się też jako pomoc w rozplątywaniu węzłów – taki zaimprowizowany marszpikel .  Natomiast jeżeli wybierzemy wersję z korkociągiem (model Forester) to oprócz standardowego zastosowania związanego z otwieraniem wina, dysponujemy niewielkim śrubokrętem „okularowym” wkręcanym w korkociąg.

Mój scyzoryk towarzyszy mi od kilku lat, był ze mną na niejednym wypadzie terenowym – i dłuższym i krótszym i nigdy mnie nie zawiódł. Towarzyszył mi też dwukrotnie podczas eksploracji Strefy Czarnobylskiej o której to wyprawie pisałem tutaj http://swoimszlakiem.blogspot.com/2016/11/czarnobylska-zona.html . Tak naprawdę jedynym narzędziem, którego mi w nim brakuje to nożyczki, dlatego też uzupełniam go przeważnie malutkim scyzorykiem Victorinox Classic, lub nieco większym modelem Compact (91mm).

W zasadzie jedyny problem jaki mam z tym scyzorykiem, to który egzemplarz ze sobą zabrać :-)






tekst i foto: Psycho

niedziela, 18 lutego 2018

Spis treści

1. Powitanie

2. Wycieczki

I stała się światłość czyli o latarkach turystycznych

Wyposażenie turystyczne dzieli się z grubsza na dwie podstawowe kategorie: niezbędne i … zbędne ;-). To pierwsze służy zaspokojeniu podstawowych potrzeb turysty na szlaku, to drugie służy zaspokojeniu próżności jego właściciela. Jak uczy doświadczenie, latarka należy do tej pierwszej kategorii, szczególnie w przypadku aktywności wykraczającej poza kilkugodzinne spacerki w pełnym świetle dnia. Zresztą, tak naprawdę latarka jest przydatna w codziennym życiu – przecież nieraz przydałoby się światło w piwnicy, w ciemnej ulicy czy parku, a choćby do oświetlenia wnętrza skrzynki na listy czy czeluści pod łóżkiem w poszukiwaniu zagubionej obrączki ;-).

Rynek oferuje taką mnogość rozmaitych latarek, że trudno jest wybrać coś naprawdę dla siebie, szczególnie osobom mniej doświadczonym. Ja też nie jestem wybitnym znawcą latarek ale może zdołam nieco – nomen omen – naświetlić temat :-).

Jest wiele rodzajów latarek ze względu na ich przeznaczenie. Są modele EDC (do codziennego użytku), turystyczne, taktyczne (wojsko, policja, służby ochrony), dla strażaków i ratowników, nurków i grotołazów, myśliwych, rowerzystów, alpinistów itd. – słowem dla każdego coś dobrego. W tym artykule zajmę się latarkami do turystyki pieszej, choć może nie tylko ...

Przeznaczenie sprzętu determinuje jego konstrukcję. Wśród latarek dla piechura znajdziemy zatem czołówki (mocowane na głowie) i tradycyjne - do ręki. Dostępne są również mini-latarki w formie breloka do kluczy, ale na szlaku przydatne co najwyżej jako ostatnia rezerwa.

Najważniejszym elementem latarki jest źródło światła. Najpopularniejszym są diody elektroluminescencyjne czyli LED, dużo rzadziej są nim żarówki (m. in. ksenonowe, kryptonowe i halogenowe) oraz lampy fluorescencyjne czyli tzw. świetlówki. Zawrotna kariera diód LED bierze się między innymi stąd, że charakteryzują się dużą energooszczędnością oraz odpornością na wstrząsy, co czyni je idealnym źródłem światła w latarkach turystycznych. Konstrukcje żarówkowe występują najczęściej w specjalistycznych latarkach wojskowych, natomiast świetlówki w zastosowaniach turystycznych spotyka się w lampach biwakowych, bo zapewniają równomierne, a nie punktowe oświetlenie terenu.

Żeby nasze źródło światła działało potrzebny jest oczywiście prąd. Latarki zasilane są przede wszystkim przez rozmaite baterie i akumulatory, ale jest też ciekawa grupa latarek „napędzanych” mechanicznie lub panelem solarnym. Wśród bardziej tradycyjnych źródeł energii elektrycznej najbardziej znane są baterie/akumulatory AA (tzw. paluszki) i AAA (tzw. małe paluszki), bateria CR123 oraz akumulator 18650. Na podstawie wieloletniego doświadczenia zalecam zasilanie akumulatorowe, bo pomimo konieczności zakupu ładowarki jest ono w sumie tańsze. Akumulatory litowo-jonowe są ponadto odporne na temperaturę, mają długą żywotność i czas pracy oraz dają dużą moc świecenia. Znawcy polecają szczególnie akumulator 18650, natomiast w bardzo niskich temperaturach lepiej zastąpić go baterią CR123, których dwie sztuki odpowiadają mu gabarytowo, ale uwaga: dają inne napięcie i nie każda latarka chce na tym zestawie pracować. Pamiętać należy, że oba źródła prądu nie są tak popularne jak baterie AA i AAA, które są powszechnie dostępne. Przy okazji: 1 AA ma taką samą pojemność co 3 AAA, a zajmuje mniej miejsca i mniej waży. W sumie zasilanie latarki turystycznej akumulatorem (bądź akumulatorami) AA jest moim zdaniem rozsądnym wyborem zwłaszcza, że dostępne są naprawdę wysokiej klasy ogniwa tego typu.

Niezależnie od wybranego źródła zasilania należy nosić ze sobą wystarczający jego zapas, ale prawo Murphy’ego działa i jeśli latarka ma zgasnąć, to zrobi to w środku nocy. W takiej sytuacji niedoświadczony turysta siada i płacze, a wytrawny turysta wyciąga z sekretnej kieszeni plecaka wunderwaffe w postaci diodowej latarki napędzanej dynamem i kręcąc od czasu do czasu korbką śmieje się Murphy’emu prosto w nos. Nie świeci ona na kilometr, ale pozwala wyjść z ciemnego lasu, a bogatsze modele także doładować smartfona czy posłuchać radia. Uważam, że tego typu sprzęt (oczywiście dobrej klasy) to doskonałe uzupełnienie wyposażenia turystycznego, szczególnie na długie wyprawy w dzicz.

Jeśli wybór źródła światła i zasilania mamy już za sobą, pora zastanowić się jakie inne cechy powinna mieć nasza latarka.

Przede wszystkim musimy wybrać najlepszą dla naszych potrzeb charakterystykę emitowanego przez nią światła. Jego wiązka może być skupiona (tzw. szperacz) lub rozproszona, a dodatkowo krąg światła może być jednolicie oświetlony lub jaśniejszy na środku, a ciemniejszy na bokach. Doświadczenie mówi mi, że najlepsze jest światło rozproszone, z jednolitym oświetleniem kręgu. W tej konfiguracji zasięg zwykle nie jest największy, ale dla piechura w zwykłych warunkach wystarczający. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że są latarki ze zmiennym skupieniem wiązki światła (tzw. zoom), ale z wielu powodów to nie jest dobry wybór dla turysty.

Kolejnym kryterium charakterystyki światła jest jego temperatura barwowa. Nie wdając się w szczegóły: diody LED w zależności od parametrów technicznych emitują światło o barwie niebieskawej (zimne), białej (neutralne) lub żółtawej (ciepłe). Wybór konkretnego koloru jest kwestią indywidualnych preferencji. Warto jednak wiedzieć, że barwa zimna jest najjaśniejsza, neutralna dobrze odwzorowuje kolory, a ciepła jest miła dla oka. Z mojej praktyki wynika, że niebieskawe światło zamienia zielony kolor roślin w jakiś taki nieprzyjemnie szaro-bury, co powoduje utratę szczegółów. Uważam, że najbardziej praktyczny jest neutralny kolor biały.

Po wyborze charakterystyki światła, szukamy pozostałych cech dobrej latarki. Ponieważ na szlaku dźwigamy cały dobytek ze sobą, a w plecaku, przy pasie czy w kieszeniach zawsze brakuje miejsca, powinna być możliwie lekka i mała. Ważne jest, by była przy tym solidna i odporna na trudy eksploatacji, w tym na upadek. Warunek ten spełniają konstrukcje z utwardzonego aluminium tzw. lotniczego. Warto tu zauważyć, że turystyczne latarki czołowe są wykonywane z plastików. Niezbędną cechą jest wodoodporność lub przynajmniej bryzgoszczelność. Porządna latarka turystyczna powinna mieć kilka trybów świecenia, co pozwala oszczędniej gospodarować prądem. Żeby ta opcja miała sens, w komplecie z nią pożądany jest wygodny sposób przełączania trybów. Także rodzaj włącznika/wyłącznika jest istotny. Niektóre latarki włącza się przyciskiem, a niektóre przekręcając część obudowy. Trzeba wybrać rozwiązanie praktyczniejsze - jeśli np. planujemy obsługę w rękawiczkach, to w większości przypadków lepszy będzie przycisk.

Poza tymi wszystkimi cechami bardzo ważna jest wygoda noszenia. Tu godna polecenia jest czołówka, która zawsze oświetla teren, na który patrzymy, no i nie zajmuje ręki. W latarkach ręcznych przydatne są elementy poprawiające chwyt, np. moletowanie czy pokrycie gumą odpowiednich elementów rękojeści.

Pozostaje jeszcze wybór akcesoriów dodatkowych. Moim zdaniem niezbędny jest solidny i wygodny pokrowiec, najlepiej mocowany do pasa. W przypadku latarki ręcznej bardzo pomocnym „patentem” jest uprząż na głowę pozwalająca na używanie jej jako czołówki. Jeśli latarka nie ma dyfuzora (nakładka rozpraszająca światło), a jej konstrukcja umożliwia jego zakładanie, to warto się w niego zaopatrzyć, bo jest bardzo przydatny, szczególnie podczas biwaku.

Dobrnęliśmy do ostatniego parametru dobrej latarki turystycznej: ceny. Mam w tej kwestii skrystalizowane poglądy. Latarka jest tak ważnym elementem wyposażenia, że po prostu musi być dobra, a więc i niezawodna, a nie warto oszczędzać na bezpieczeństwie. Poza tym dobra latarka będzie służyć przez wiele lat. Oczywiście nie zawsze drogi sprzęt to dobry sprzęt, ale lepiej szukać na wyższej półce, a nie w worku tandetnych wyrobów made by niewiadomokto.

Oby wybrana przez Ciebie latarka bezpiecznie prowadziła Cię po właściwych ścieżkach, chociażbyś chodził ciemną doliną …


Tekst: Wiktor Lekney 
Foto: Diabełek

wtorek, 9 stycznia 2018

Depozytariusz czasu



Był kiedyś ktoś, kogo teraz ci brak, za kim zawsze będziesz tęsknić ...
Ale co to znaczy „był” ? Co znaczy „teraz” ? I co znaczy „będziesz” ?


Pewnego szarego, listopadowego dnia podróżowałem samochodem na wschód kraju. Jechałem sam, by zapalić znicz na grobach moich bliskich. Byłem zmęczony i przygnębiony, bo droga daleka, pogoda podła, a okazja niewesoła. Posępny krajobraz dopasował się do mojego nastroju. Bezlistne, czarne drzewa rosnące na poboczach drogi nadbiegały i przemijały, a gdzieś za nimi w woalu mgły majaczyły bezkresne, puste pola. Połyskującą w świetle reflektorów wstęgę drogi miarowo przecinały wycieraczki ścierające z szyby drobny deszcz. Jak zawsze w takich okolicznościach myślałem o przeszłości, i jak zawsze nie mogłem się pogodzić z nieubłaganym upływem czasu. W pewnej chwili w jednostajny pomruk silnika wdarły się niepokojące dźwięki, w efekcie czego po paru godzinach samochód dojechał na lawecie do warsztatu, a ja znalazłem się w pobliskim miasteczku w hotelu na rynku, jako lokator pokoju numer 3 na pięterku.

Zjadłem późny obiad w sali jadalnej na parterze, po czym wróciłem do siebie i próbowałem zabić czas oglądaniem telewizji. Stary telewizor oferował jednak ledwo kilka kanałów, wśród których nie znalazłem nic dla siebie. Przypomniałem sobie, że zapytany o atrakcje turystyczne miasteczka kelner wspomniał o fragmentach średniowiecznych murów obronnych wraz z jedyną ocalałą bramą. Planowałem je obejrzeć jutro, bo samochód miał być gotów dopiero około południa, postanowiłem jednak teraz trochę się przespacerować, mimo kiepskiej pogody. Włożyłem kurtkę i wyszedłem z hotelu naciągając na głowę kaptur.

Na zewnątrz powoli zapadał zmierzch. Rynek był niewielki, ale ładnie utrzymany. Okalały go odnowione kamienice, na środku stała studnia, tu i ówdzie ławeczki i puste o tej porze roku gazony na kwiaty. Stylizowane na gazowe latarnie otaczały mleczne aureole białego światła, przebijającego się przez mżawkę i mgłę. Jakiś przechodzień zniknął za rogiem i zostałem na rynku sam. Zmęczenie i suty obiad dały znać o sobie, przycupnąłem więc na ławce, podkładając reklamówkę na mokre deski. Przyglądałem się jasno oświetlonym oknom kamienic, a myśli krążyły coraz wolniej. Rzeczywistość gdzieś odpływała, zacząłem przysypiać. Otrząsnąłem się jednak, wstałem i poszedłem na chybił-trafił przed siebie. Szedłem i szedłem. Minęło sporo czasu, a muru i bramy ani śladu. Zacząłem się niecierpliwić i żałować wyjścia z hotelu tym bardziej, że mżawka niepostrzeżenie zmieniła się w deszcz. W pewnej chwili wyjrzałem spod kaptura i zauważyłem, że krajobraz się zmienił i wyglądał, jakby czas się cofnął. Zniknęły gdzieś reprezentacyjne kamienice przy rzęsiście oświetlonych ulicach. Szedłem w deszczu i mgle pustymi, słabo oświetlonymi, dziurawymi uliczkami mijając stare, odrapane rudery. Niektóre z nich były mocno zniszczone, a nawet opuszczone, w ruinie. Nigdzie ani człowieka, tylko w nielicznych oknach świeciło się światło. Zrobiło mi się trochę nieswojo, gdy wreszcie na końcu jakiegoś zaułka w wątłym świetle jedynej latarni dostrzegłem przegradzający go mur. Nie znam się na architekturze, ale to był z pewnością ten sławetny średniowieczny mur obronny miasteczka. W sumie nie było co podziwiać: mur jak mur. Było już kompletnie ciemno, a ja nie miałem pojęcia, gdzie szukać ocalałej bramy miejskiej. Postanowiłem więc odłożyć sprawę do jutra i wracać do mojego ciepłego i zacisznego pokoiku.

Już odwracałem się na pięcie, gdy moją uwagę przykuło chybotliwe światło, które pojawiło się w oknie wystawowym na parterze przylegającej do muru kamienicy. Podszedłem bliżej i ujrzałem, że po ciemnym sklepie chodzi ktoś z latarnią w ręku. Szyldu nie mogłem dojrzeć, ale była to księgarnia lub antykwariat, bo wystawa zasypana była książkami. W całym budynku nie świeciła się ani jedna żarówka, a ja nie wiedziałem, czy ten ktoś z latarnią to złodziej czy właściciel. Musiałem jednak coś zrobić. Podszedłem bliżej i zapaliłem latarkę, którą zawsze mam przy sobie. Pierwsze, co zobaczyłem w jej świetle przez brudną szybę, to leżącą na wystawie moją ukochaną książkę. Dwutomowy biały kruk polskiej literatury science-fiction z połowy lat 50-tych XX wieku traktujący o podróży naukowców w przeszłość aż do ery dinozaurów leżał sobie, ot tak na stosie innych książek, lśniąc okładkami w świetle latarki, jakby wyszedł prosto z drukarni. Mam w domu egzemplarz tej książki, którego zdobycie kosztowało mnie mnóstwo czasu i pieniędzy, ale bardzo chciałem wziąć do ręki ten z wystawy, bo niewiele ich ocalało. Zanim zdążyłem poświecić do wnętrza sklepu, jego drzwi zgrzytnęły i uchyliły się z przeciągłym piskiem dawno nieoliwionego żelaza.

Stanął w nich stary człowiek z lampą naftową w ręku. Stał bez obawy, jakby czekał na mnie. Miał długie, siwe włosy i takąż brodę, na nosie krzywo tkwiły okulary w drucianej oprawie. Ubrany był w czarne palto z wyłażącą watoliną, rozczłapane buciory z cholewami dopełniały jego stroju. Wywiązała się między nami krótka rozmowa. Okazało się, że jest właścicielem antykwariatu, a ja powiedziałem mu, że jestem zainteresowany książką z wystawy. Z żalem dowiedziałem się jednak, że lokal jest zamknięty z powodu awarii prądu i starzec niestety nie może mi nic sprzedać. Widząc jednak moje bibliofilskie zainteresowanie zaproponował, że pokaże mi swój sklep. Zgodziłem się skwapliwie i wszedłem za nim do środka. Wnętrze sprawiało wrażenie zaniedbanego: zagracony kontuar, regały zastawione książkami, na ścianach i w pudłach pełno różnych staroci: map, sztychów, obrazów, fotografii i innych szpargałów. Wszędzie pełno kurzu i pajęczyn.

- Ma pan wspaniałe zbiory – powiedziałem. - I jeśli dobrze widzę, z różnych epok, w tym także rzeczy bardzo stare.

- Tak, proszę pana, moje zbiory są z różnych epok. Jestem przecież depozytariuszem czasu.

- Czas to szerokie pojęcie – powiedziałem, by podtrzymać rozmowę. - Ściśle biorąc, jest pan depozytariuszem przeszłości.

Uśmiechnął się i odparł: - Proszę mi wierzyć, wiem, co mówię.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Antykwariusz popatrzył na mnie uważnie ponad szkłami okularów i spokojnie zapytał, czy zechcę zwiedzić zaplecze, gdzie - jak mówił - ma dużo ciekawych eksponatów. Zgodziłem się skwapliwie i poszedłem za nim, idącym przodem z lampą naftową w ręku. Minęliśmy regały i przez uchyloną kotarę weszliśmy do czegoś w rodzaju przedsionka. Stanęliśmy przed dwoma drzwiami, okutymi zardzewiałą blachą. Mój przewodnik zapytał mnie czy chcę podążyć w przeszłość czy w przyszłość ? Potraktowałem to oczywiście jako żart i odparłem, że oczywiście w przeszłość. Otworzył drzwi po lewej i zagłębiliśmy się w ciemną czeluść.

Szliśmy przez labirynt dużych i małych pomieszczeń, pokonując co chwilę skrzypiące drzwi, pochylnie i schody. Żółte, migotliwe światło naftówki z ledwością rozświetlało mrok, rzucając na brudne ściany widmowy teatr ruchomych cieni. Pachniało pleśnią, stęchlizną i starymi papierami. W niekończącej się galerii pozbawionych okien pokoi, na półkach przepastnych szaf i regałów stały tysiące i tysiące książek, w tym mnóstwo starych rękopisów. Szliśmy długo, a że końca nie było widać, moje zdumienie rosło. Ogrom zaplecza antykwariusz tłumaczył tym, że to dawne magazyny wojskowe, pobudowane po drugiej stronie starego miejskiego muru obronnego. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, starzec wyciągał z jakiegoś zakamarka książkę, którą ze znawstwem mi przedstawiał, a ja oglądałem z nabożnym podziwem. Trzeba przyznać, że miał w swojej kolekcji całe stada prawdziwych białych kruków.

Za którymś razem powiedziałem półżartem: - Ma pan tu chyba wszystkie książki wydane przez ludzkość.

Mój przewodnik z całą powagą potwierdził. Kontynuując żart sprostowałem:

- Oczywiście z wyjątkiem dzieł zaginionych.

Odłożył lampę i bez słowa wyciągnął z najbliższej szafy jakieś zawiniątko. Dmuchnął na nie, by oczyścić je z kurzu i dał mi do ręki. Był to zwitek pociemniałego ze starości pergaminu pokryty ozdobnym, ręcznym pismem, jak mi się wydaje, po łacinie.

- To tragedia "Medea" Owidiusza, zaginiona jeszcze w starożytności - powiedział.

Nie odpowiedziałem. Nie znam dostatecznie łaciny, uważałem zresztą, że to był falsyfikat, ale mimo to nie byłem w stanie ukryć zaskoczenia.

Stary antykwariusz przyjrzał mi się uważnie.

- Dziwię się pana zdziwieniu. Światły człowiek, a za takiego pana uważam, powinien wszak wiedzieć, że zaginione dzieła są zaginione tylko w teraźniejszości. W przeszłości są wciąż obecne, wystarczy tam po nie sięgnąć.

Nie wiedziałem czy z poważną miną udać, że rozumiem o czym mówi, czy może wybuchnąć porozumiewawczym chichotem kogoś, kto zrozumiał czyjś inteligentny dowcip. Mój przewodnik pokiwał głową i sięgnął do tej samej szafy. Podał mi niewielką, współcześnie wyglądającą książkę. W słabym świetle naftówki odczytałem jej tytuł. Tym razem moje zdumienie nie miało granic. To były „Bajki japońskie” – książka, którą w dzieciństwie czytała mi matka, a którą ledwo pamiętałem.

- Przypomina pan sobie bajkę o dwóch żabach ? – zapytał.

- Cośkolwiek, jak przez mgłę. Ale skąd pan wiedział, że …?!

Bez słowa odebrał mi obie książki i schował z powrotem do szafy. Oparł się o nią i powiedział:

- Dawno temu pewnej żabie znudziło się rodzinne Kioto i zapragnęła przenieść się do Edo, które wydało jej się ciekawszym miejscem. Wylazła więc ze stawu, w którym mieszkała i ruszyła w drogę. W tym samym czasie pewna żaba w Edo znudzona tym miastem, postanowiła przeprowadzić się do Kioto. Wylazła ze starej studni, w której mieszkała i ruszyła w drogę. Idąc napotkała niewielkie wzniesienie, na które wlazła. Znalazłszy się na wierzchołku, spostrzegła włażącą z przeciwnej strony żabę z Kioto. Przywitały się i wytężyły wzrok, aby dojrzeć miasta, do których zmierzały. Ale upragnionych miast wciąż nie było widać, więc żaby oparły się o siebie i stanęły na tylnych łapkach. Jednak ich oczy są umieszczone na czubku głowy, więc obie widziały nie to, co na wprost nich, tylko to co za nimi. Uznały więc, że nie ma po co się przenosić, skoro miasta, będące celem ich wędrówki są takie same jak te, z których chciały się wydostać. Obie zeszły ze wzgórza i wróciły skąd przyszły.

Skończył opowiadanie i przez chwilę przyglądał mi się badawczo.

- Ta bajka, to symbol ograniczenia człowieka w postrzeganiu rzeczywistości i upatrywaniu prawdy w pozorach, a nie faktach.

Zamilkł. Próbowałem pozbierać myśli, sformułować sensownie pytania, których tabuny galopowały w mojej głowie. Nim mi się to udało, odezwał się ponownie:

- Wyjaśnię to panu, ale teraz wracajmy.

Wziął lampę i w milczeniu ruszyliśmy w drogę. Tym razem trwała o wiele krócej i nie wiem, czy szliśmy jakimś skrótem, czy to ja zamyśliłem się do tego stopnia, że straciłem poczucie czasu. Po powrocie do sklepu antykwariusz postawił lampę na kontuarze i zasiadł w starym, zniszczonym fotelu wskazując mi ręką drugi, równie stary i sfatygowany. Usiadłem naprzeciwko niego. Z głową skrytą w mroku zaczął mówić cicho i spokojnie, ale z absolutną pewnością w głosie.

- Pan przecież wie, że w przyrodzie – a szerzej w całej Naturze - nic nie ginie. Zapewniam pana, że z powodu upływu czasu też nic nie ginie, jest on bowiem częścią Natury. Fundamentem tego stwierdzenia jest fakt, że choć przywykliśmy do wyobrażania sobie czasu na podobieństwo nurtu rzeki, w istocie wygląda on inaczej. Tak naprawdę czas nie istnieje, to iluzja. Jeżeli zatem czas nie istnieje, to przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją równocześnie. Każda chwila czasoprzestrzeni istnieje wiecznie, niezależnie od tego, czy dla kogoś jest przeszła, teraźniejsza czy przyszła. Wynika z tego, że wszystko co się wydarzyło nie anihilowało, lecz istnieje w różnych miejscach czasoprzestrzeni. Ludzie, rzeczy i zdarzenia - wszystko, co miało miejsce w przeszłości nie uległo unicestwieniu po tym, gdy w naszym mniemaniu skończyło się ich trwanie. Wciąż istnieją, tyle że w czasie, który dla nas, żyjących w teraźniejszości jest czasem przeszłym.

Siedziałem oszołomiony czując ciarki na plecach. Jak to ? Przeszłość wciąż istnieje ? Wszyscy dziś już nieobecni, trwają gdzieś w jakimś zakamarku Wszechświata ?

- Czy można do nich jakoś dotrzeć ? – zapytałem.

- Z ludzkiego doświadczenia wynika, że wydarzenia dzieją się w jednym kierunku, z przeszłości w przyszłość. Jest to tak zwana strzałka czasu. Tymczasem znane nauce prawa wskazują na całkowitą symetrię między przeszłością, a przyszłością. Oznacza to, że teoretycznie wydarzenia mogą zachodzić w kierunku przeciwnym, jednak z podróżą w przeszłość wiąże się szereg problemów, nie tylko technicznych.

- Paradoks dziadka ?

- Wiedziałem, że pan o to zapyta. Taaak, no bo co się ze mną stanie, jeśli po przeniesieniu się w przeszłość zabiję mojego dziadka w jego dzieciństwie ? Przecież nie będę mógł się urodzić. Jednak ten paradoks oparty jest na prostym błędzie rozumowania. Jeśli moja podróż w przeszłość, do dzieciństwa dziadka, jest zapisana w czasoprzestrzeni, to znaczy, że zapisane są również moje narodziny.

- Zaraz, zaraz: jeśli nie mogę w czasie podróży w przeszłość zapobiec moim urodzinom, jak to się ma do mojej wolnej woli, która chce bym zabił dziadka ?

- Po prostu z jakiegoś powodu pan go nie zabije: na przykład rozmyśli się, albo go nie odnajdzie. Jednak ingerencja w przeszłość niekoniecznie musi prowadzić do paradoksów. Jest teoria, że taka ingerencja tworzy oddzielną linię czasową, która odgałęzia się od tej głównej, przez co tworzy się alternatywna rzeczywistość.

Zamyślił się chwilę, po czym dodał:

- Wiem, że to o czym mówię jest trudne do zrozumienia. Powrót do przeszłości wydaje się panu całkowitą abstrakcją. Może łatwiej się z tym oswoić, gdy uzmysłowimy sobie, że funkcjonalnie żyjemy w przeszłości. Otóż zanim odbierzemy bodziec i go zrozumiemy mija 200 do 300 milisekund. Tak więc nasza teraźniejszość nie jest rzeczywistością, ale zapisem jej stanu z nieodległej, ale jednak przeszłości.

Antykwariusz umilkł. Ciszę przerywało tylko miarowe tykanie starego, ściennego zegara, głosu rzeczywistości w tej nierealnej sytuacji. Miałem mętlik w głowie, ale zebrałem się na odwagę i powiedziałem:

- To, co pan mówi daje nadzieję na możliwość zmiany przeszłości, tym samym stwarza szansę na zmianę tak zwanych wyroków losu … Widzi pan, zawsze fascynował mnie przemożny wpływ nieistotnych wydarzeń na rzeczywistość. Jako dziecko wiele razy rzucałem kamieniem do wody i dziwiło mnie, że kręgi wywołanych nim fal są o wiele większe niż on sam. Uznałem jednak, że z nieznanych mi powodów tak być musi. Uważałem jednak i do dziś uważam za absurdalne, niesprawiedliwe i przerażające to, że błaha zmiana w życiu człowieka może wywołać nieproporcjonalnie wielkie i zazwyczaj nieodwracalne skutki. Oczywiście zdaję sobie sprawę z irracjonalności tego zarzutu, bo trudno mieć pretensję do ślepego losu.

Starzec wysłuchał mnie z uwagą, po czym odparł:

- Mówi pan o czymś, co znane jest nauce pod pojęciem chaosu deterministycznego. Według tej koncepcji nawet minimalna zmiana warunków danego procesu może spowodować rosnące z czasem zmiany w jego przebiegu, co w konsekwencji wpływa decydująco na efekt końcowy. Popularnym przedstawieniem tego zjawiska jest tak zwany „efekt motyla”: motyl, który zatrzepotał skrzydełkami, powoduje kilka dni później huragan na drugim końcu świata. Wracając do pana pytania: potwierdzam, że można wrócić w przeszłość i być może – jak pan to ujął – zmienić wyroki losu. Jednak dopóki nie stanie się to osiągalne praktycznie, każdy człowiek musi przyjąć do wiadomości, że dotyk motylich skrzydeł losu wielokrotnie będzie wpływał na jego postępowanie. Ludzie są całkowicie bezradni wobec tego fenomenu. Pewną pociechą jest tylko fakt, że najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że skrzydła losu właśnie ich musnęły.

- W takim razie, co robić ?

- Życie człowieka w dużym, a może decydującym stopniu kształtują zjawiska, na które nie ma on wpływu: czas i tak zwany los, czyli wpływ abstrakcyjnego chaosu na realną rzeczywistość. Walki z czasem nie da się wygrać. Żyjąc przeszłością lub przyszłością, tak naprawdę jesteś umarłym za życia. Liczy się tylko „tu i teraz”, zatem wykorzystaj dany ci czas jak najlepiej. Z losem walka jest równie niemożliwa, bo na naszą egzystencję wpływa nieskończona liczba czynników. Mówi się, że nigdy nie jest za późno na zmiany, ale niektóre wybory są dane człowiekowi tylko raz. Dlatego zastanów się dobrze nad decyzjami, które musisz podjąć i naucz się żyć z ich skutkami, jeśli źle wybrałeś, a nie da się ich naprawić.

Tym razem mętlik w mojej głowie ustąpił miejsca kompletnej pustce. Zapomniałem o pytaniu, skąd wziął zaginione dzieło Owidiusza. Zapomniałem o wszystkich innych pytaniach, które miałem mu zadać. Czułem tylko, że przydarzyło mi się coś absolutnie wyjątkowego, coś co zmieni moje dalsze życie.

- Cóż, mój panie – odezwał się stary antykwariusz – już czas, by wrócił pan do swojego świata.

Wstaliśmy z foteli, gospodarz odprowadził mnie do drzwi i otworzył je szeroko. Co dziwne, tym razem ustąpiły bezszelestnie. Stojąc w nich odwróciłem się i powiedziałem:

- Dziękuję panu za poświęcony czas i wiedzę, którą się pan ze mną podzielił.

Antykwariusz uśmiechnął się lekko:

- Czasu mam nieskończenie wiele.

I poważniejąc:

A ty, przyjacielu zapamiętaj, że czas – ten przedziwny fenomen - jest najcenniejszym skarbem człowieka.

Wyszedłem ze sklepu kompletnie oszołomiony. Była już noc, ale nie wiedziałem, która jest godzina, bo mój zegarek i smartfon – rzecz dziwna - nie działały. Mżył deszcz. Szedłem jak błędny przez puste ulice nie wiedząc jak długo idę, a nawet, czy idę w dobrym kierunku. Moje kroki odbijały się echem od mokrych murów starych kamieniczek. W głowie huczało mi od myśli i w pewnej chwili stanąłem jak wryty, mając w niej tylko jedno, najważniejsze pytanie do starego antykwariusza. Zawróciłem i ruszyłem biegiem z powrotem. Nie mogłem znaleźć jego sklepu, a gdy po długim błądzeniu wśród podobnych do siebie uliczek i zaułków wydawało mi się, że jestem na miejscu okazało się, że jednak się pomyliłem. Dom wyglądał znajomo, ale był opuszczony i zaniedbany: szyby były zabite dyktą, a popękane mury podparto belkami. Zmęczony i rozczarowany zrezygnowałem z dalszych poszukiwań i powoli zawróciłem w stronę hotelu.

Wtem, gdzieś pośród mroku, deszczu i mgły dobiegły do mnie dźwięki starej francuskiej piosenki „Hymne à l'amour” w wykonaniu niezapomnianej Edith Piaf, w mało znanej wersji pochodzącej z jakiegoś filmu. Oglądałem go dawno temu, jeszcze jako dziecko, ale nie zapamiętałem z niego nic, poza tą piosenką. Jej histeryczny patos wstrząsnął mną do głębi. Wsłuchany w nią szedłem przed siebie bezwolnie jak lunatyk, a jej echo goniło za mną po ulicach. Piaf śpiewała swoim przeszywającym głosem „Błękitne niebo może na nas spaść, a ziemia może się rozpaść, nie obchodzi mnie to, jeśli mnie kochasz”. Śpiewała o tym, co jest najważniejsze, a co tak łatwo utracić, ale ja już wiedziałem, że nic nie przemija na zawsze. Szedłem wpatrzony w bezgwiezdne niebo, a krople deszczu spadające mi na twarz zmywały z niej łzy.

Kadr z filmu"Paris chante toujours" https://www.youtube.com/watch?v=QYgVDXUIAuo&list=PLUHimiOJ_ad8hoyn_CPi8wID1vfDrlvMQ

Tekst: Wiktor Lekney

sobota, 18 listopada 2017

Dwóch wisielców czyli rzecz o neckach

Każdy z Was z pewnością zna serial „Janosik”. Sam również oglądałem go jeszcze jako dziecko i szczególną moją sympatią cieszył się zbójnik Walenty Kwiczoł (w tej roli niezapomniany Bogusz Bilewski). Pamiętacie  jaki był charakterystyczny przedmiot posiadany przez tego Zbójnika? Tak, właśnie – mały nożyk noszony na szyi, dziś nazwiemy go neck knife. Zbójnik wykonywał swoim „neckiem” przeróżne czynności – przygotowywał jedzenie, golił twarze kandydatom na zbójników, a czasami „przekonywał” opornych do swojego zdania.

Kilka lat temu poważniej zainteresowałem się nożami typu neck i przeszło ich trochę przez moje ręce. Dwa, które szczególnie polubiłem to Tlim C 471 Bushneck FG  i Ka-Bar Becker  BK 14 Eskabar i o nich właśnie chciałbym Wam napisać parę słów. Becker BK-14 Eskabar produkowany jest przez amerykańską firmę Ka-Bar, a nóż powstał ze „skrzyżowania” znanego modelu BK 11 Becker Necker z nożem Izula produkowanym przez firmę ESEE. Z kolei Tlim C471 Bushneck to polska manufakturowa produkcja, wykonana przez Mariusza  Tlim-a Przybyłowskiego. Tlim oferuje także inne wersje tego noża – jak np.  C 577 Niebushneck, charakteryzujący się wyższym szlifem,  ale nim zajmę się w innym opracowaniu.

Na początek technikalia:                                                      

Becker Eskabar
Tlim Bushneck
Stal
1095 Cro-Van
52100
Długość całkowita [mm]
178
160
Długość klingi [mm]
82
70
Grubość klingi [mm]
4
3
Waga [g]
82*
55*
Rodzaj szlifu
pełny płaski
skandynawski  7mm
Pochwa
kydex
kydex
*- waga noży wraz z oplotami z paracordu.

Noże już na pierwszy rzut oka różnią się od siebie rozmiarami, materiałami, sposobem produkcji i wieloma innymi czynnikami. Oba prezentują zupełnie różne koncepcje i filozofie użytkowania, jednak oba są naprawdę dobrymi narzędziami dla każdego kto umie ich używać. Eskabar jest w moim posiadaniu od 2 lat, natomiast Bushneck – od 5.
Przejdźmy  do właściwego porównania noży.

Noszenie
W przypadku noża typu „neck”  bardzo ważnym aspektem jest możliwość jego noszenia na szyi. Oba noże wyposażone są w kydexowe pochwy. W przypadku Tlimowego Bushnecka standardowa pochwa jest prosta, wykonana z jednego kawałka grubego kydexu, wyposażona w dwa otwory z przelotowymi nitami,  służące do przeciągnięcia linki i tyle – żadnych innych możliwości mocowania, brak jest również otworu odprowadzającego wodę. W swoim nożu dla bezpieczeństwa wykonałem dodatkowy otwór i skręciłem kydex śrubą. Dzięki temu nie ma możliwości, by nóż nam wypadł z pochwy – siedzi w niej bardzo pewnie, choć zaskakuje bez charakterystycznego kliknięcia.
W przypadku Beckera BK14 Eskabar pochwa również jest wykonana z kydexu, lecz z dwóch kawałków połączonych aż ośmioma przelotowymi nitami. Dzięki temu mamy o wiele więcej możliwości noszenia noża. Do pochwy tej można też dokupić specjalny klips, do noszenia przy pasie. Niestety nie pasuje do niej standardowy teclock, a jedynie oryginalne mocowanie firmy Ka-Bar. Znaczną wadą pochwy do Eskabara jest tępienie przez nią noża. Nie następuje to błyskawicznie, ale jednak po kilkudziesięciu włożeniach i wyciągnięciach noża – odczuwalny jest niewielki spadek ostrości.
Niektórzy mogą zarzucić, że Eskabar jest za duży i zbyt ciężki do noszenia na szyi. Ja go jednak kupiłem jako necka i jako takiego  nosiłem.Jego waga jest odczuwalna o wiele bardziej niż Bushnecka, lecz nadal według mnie jest to neck. Bushneck jest o wiele bardziej dyskretny w noszeniu z racji mniejszej wagi i rozmiarów.

Praca
Jak już wspominałem, noże różnią się znacznie pod względem szlifu – w Tlimie mamy do czynienia ze szlifem skandynawskim, wyprowadzonym na klindze o grubości 3mm, natomiast w nożu firmy Ka-Bar – ze szlifem pełnym płaskim, lecz na klindze o 1mm grubszej. Oba noże tną naprawdę nieźle, ograniczenia wynikają głównie  z ich stosunkowo niewielkich wymiarów.  Bushneck jak każdy nóż ze szlifem skandynawskim ma niekiedy tendencje do rozłupywania ciętych materiałów. Z kolei  Eskabar ma dość grubą krawędź tnącą, więc zachowuje się podobnie przy cięciu np. marchewki. W pracy w drewnie  oba noże są niezłe, lecz Tlim zwycięża z racji najlepszego do takich prac szlifu  skandynawskiego. Żadnym z opisywanych noży nie pokroimy np. wielkiego bochenka chleba, kawałka szynki czy sera – są do tego po prostu za krótkie.  No, ale nie oszukujmy się – nie są to noże kuchenne :-)
 Na turystycznym szlaku ich walory kuchenne są w zupełności wystarczające – bułkę przekroją, posmarują dżemem/serkiem topionym/pasztetem/konserwą, pokroją kiełbasę czy mniejsze kawałki sera. Eskabar lepiej smaruje z racji większej szerokości, z kolei Bushneckiem łatwiej wybrać coś ze słoika :-). Obydwoma nożami bez problemu przygotujemy kijek na kiełbasę, lub też zawieszenie do menażki. Oba także dadzą radę z przygotowaniem „pierzastych patyków” na rozpałkę ogniska (punkt dla Tlima za szlif). W kwestii współpracy z krzesiwem syntetycznym – standardowo Tlim nie ma z tym żadnych problemów, natomiast w przypadku seryjnego Ka-Bara jest to niemożliwe z powodu posiadania przez nóż powłoki. W jednym z moich egzemplarzy powłoka została usunięta, co zdecydowanie wyszło nożowi na dobre (szczególnie podczas prac kuchennych). Obydwoma nożami można też postrugać coś w drewnie – Tlim zapewnia lepszą precyzję, z kolei KaBarem łatwiej coś przebatonować. O rąbaniu jednak zapomnijmy (zresztą do tego służy siekiera). Kolejnym wartym odnotowania faktem jest solidność obu noży – 3mm Bushnecka ze skandynawskim szlifem oraz 4mm płaskiego szlifu Eskabara pozwalają nie martwić się nawet w przypadku podważania (w granicach rozsądku oczywiście).
 Nie wiem jak spiszą się jako noże myśliwskie, gdyż myśliwym nie jestem, natomiast jako noża dla wędkarza (do sprawiania ryb) wolałbym użyć Bushnecka, gdyż z racji węższej klingi  wygodniej będzie się nim rozcinać rybi brzuch. W przypadku większych ryb problemem z całą pewnością będzie zbyt mała długość obu noży,  gdy będziemy chcieli podzielić rybę na dzwonka. Generalnie nie oprawiam ryb nad wodą, więc to zastosowanie nie jest dla mnie istotne. Problematyczne na pewno będzie natomiast czyszczenie paracordowych oplotów rękojeści z rybiego śluzu/krwi – najlepiej będzie je zdjąć przed pracą i ponownie zawinąć, lub też zdjąć po pracy i wyprać.
Odnośnie prac „EDC”-  na co dzień – uważam, że każdy powinien dobrać nóż do swoich potrzeb. Mnie bardziej odpowiada Tlim Bushneck – łatwiej nim wykonywać precyzyjne prace, przy wycinaniu czegoś czubkiem, poza tym jest o wiele dyskretniejszy w noszeniu. Nie oznacza to naturalnie, że Becker Eskabar jest złym nożem, bo gdybym potrzebował solidniejszego i mniej precyzyjnego narzędzia – wybrałbym właśnie jego.
Osobiście bardzo często noszę ze sobą oba – jednego przy sobie, a drugiego w torbie/plecaku :-).
Oba noże wykonane są ze stali węglowej : Tlim ze stali 52100, Ka-Bar z 1095. Odczuwalnie nie zauważam między nimi praktycznie żadnej różnicy. 52100 może minimalnie dużej trzyma ostrość. Nie jest to jednak jakaś ogromna różnica.  Porównanie stali byłoby bardziej wiarygodne, gdyby noże miały identyczny szlif i grubość, a jako, że tak nie jest – nie będę się tym więcej zajmował w tym tekście.
Dodać należy jeszcze, że oba noże mogą być świetnym uzupełnieniem większego i cięższego narzędzia tnąco/rąbiąco/kopiącego (np. siekiery, piły składanej czy saperki). Mogą też być backupem dla pełnowymiarowego noża, albo też – paradoksalnie – dla scyzoryka, gdyż są od niego o wiele mocniejsze. Poza tym – noże nie są przesadnie ciężkie, więc nie obciążą naszego ekwipunku, a będziemy mieli przy sobie solidne narzędzie. Uważam, że taki nóż może oddać nieocenione usługi na turystycznym szlaku, obojętnie czy będziemy go pokonywać pieszo (jak najbardziej lubię), rowerem, kajakiem, motocyklem czy w jakikolwiek inny sposób.

Ergonomia
Oba noże standardowo posiadają  szkieletową stalową rękojeść i  w tej formie zdecydowanie nie nadają się do wygodnej pracy, zwycięstwo przyznałbym jednak Eskabarowi , gdyż ma większą rękojeść, o zaokrąglonych krawędziach (Bushneck ma ostre krawędzie, uwierające w dłoń – to największa jego wada). Najprostszym rozwiązaniem  problemu braku ergonomii jest założenie oplotu i tak też zrobiłem na swoich nożach. Na Tlimie wykonałem oplot z paracordu bez rdzenia, a na Beckerze – z „pełnego” paracordu. Oplot zdecydowanie poprawia ergonomię noża i ułatwia przyłożenie do nich pełnej siły. Niestety oplot ma także wielką wadę jaką jest trudność w czyszczeniu po szczególnie brudnych pracach, takich jak wspomniane już oprawianie ryb. Ponadto jako, że oba noże wykonane są ze stali węglowych – wilgotny oplot może powodować korozję. Eskabar posiada na końcu rękojeści otwór przez który można przełożyć mały palec, co niektórym może się przydawać. Ja osobiście nie korzystam z tego, ale warto wspomnieć. Oba noże leżą w dłoni dobrze, choć nie jest to ten sam poziom ergonomii co w przypadku większych noży z pełnowymiarowymi rękojeściami. Plusem dla amerykańskiego noża jest możliwość dokupienia okładzin, standardowo dostępne są one w kolorach czarnym i pomarańczowym. Okładziny te poprawiają ergonomię ale utrudniają noszenie noża jako necka.
 Trudno powiedzieć, który jest lepszy w tej kategorii, wszystko zależy od konkretnej pracy wykonywanej przy użyciu danego noża.

Podsumowanie
Nie jestem w stanie jednoznacznie wybrać zwycięzcy tego porównania. W pewnych zastosowaniach wygrywa Bushneck, w innych – Eskabar. Oba noże są jednak bardzo użytkowe i w większości sytuacji - w zupełności wystarczające. Najlepiej wejść w posiadanie obu i wtedy zadecydować, który nam bardziej odpowiada lub też nosić dwa na raz :-)


Do zobaczenia na szlaku!





Tekst i foto: Psycho